Wulkan Pico del Teide, Teneryfa, Hiszpania styczeń 2004

 

Trochę to dziwnie brzmi, że Pico del Teide (3718 m npm.) jest nie tylko najwyższym szczytem Teneryfy, wysp kanaryjskich, ale całej Hiszpanii, bo ... to Afryka, a nie Europa.
Apropos Hiszpanii. Moja prywatna refleksja: Ta "hiszpańskość wysp kanaryjskich" to jest pewna osobliwość, którą odkrywam. Przed przyjazdem tutaj traktowałem archipelag wysp kanaryjskich jak afrykańskie wyspy sztucznie przyłączone do Hiszpanii. W trakcie pobytu (jestem na archipelagu po raz pierwszy) zauważyłem jak bardzo hiszpańskie są to wyspy (lata zrobiły swoje). I może nie jest o sprawiedliwe, że wyspy są hiszpańskie, a nie brytyjskie (turystów z Wielkiej Brytanii jest tu najwięcej). Kontynentalna Hiszpania ma dobry klimat i mnóstwo plaż do wypoczynku. Anglia (wielka Brytania) niestety nie.
Wracając do Pico del Teide - by wejść na szczyt wulkanu potrzeby jest: 1) samochód (z tym na Teneryfie nie ma problemu, a co ważne ceny nie są wysokie), 2) specjalne zezwolenie, które można uzyskać w dyrekcji parku narodowego w stolicy Teneryfy - Santa Cruz.
To było 22 stycznia 2004. Gdy wjechałem na teren "Parku Narodowego del Teide" to od razu zdjąłem nogę z gazu. Tam jest tak pięknie! Trudno to opisać. Na 2000 m npm. zrobiłem przymusowy, 15 minutowy postój by trochę przystosować mój organizm do zmiany ciśnienia (wyjechałem z poziomu 0). Następny podobny postój był przy dolnej stacji kolejki (ok. 2500 m). Przy górnej stacji kolejki mój postój wynikał z nadmiaru czasu, bo zezwolenie na wejście wyżej było ważne od 13:00.
I poszedłem. Czekał na mnie łańcuch zagradzający szlak i dwóch pracowników parku w roli bramkarzy. Zabrano moje pozwolenie. O dziwo musiałem pokazać dokument tożsamości ze zdjęciem. Ścieżka jest bardzo stromo wytyczona. Po 15 minutach zabrakło mi powietrza. Musiałem usiąść i odpocząć. Słyszałem, że tuż przede mną jest kilku rodaków (gdzie nas nie ma?), którzy musieli wyjść dużo wcześniej niż ja. Ciekawe było ostatnie 5 minut. Zapach siarki, gorące skały i „dymki” unoszące się w powietrzu. W sumie wejście zajęło mi zaledwie ok. 30 minut - by pokonać (w pionie) ok. 180 m.
To nie są żarty, ale pod tymi skałami jest wulkan. Może odezwie się za 100 lat, a może w ciągu najbliższych 12 miesięcy. W każdym razie, po dzisiejszej wycieczce Teide nie jest dla mnie martwym wulkanem.
Na górze wspaniałe widoki. Teneryfa, co prawda tego dnia była przykryta mgłą (nie było nic widać poniżej ok. 1500 m), ale te wulkaniczne szczyty. Sam krater, też nie był idealnym „stożkiem ściętym”. Od strony gdzie się znalazłem była pełna, skalista korona. Niestety od strony przeciwnej bardzo "wyszczerbiona". Upływ czasu zrobił sobie.
Widać też było wzniesienie na sąsiedniej wyspie (La Gomera). Anglik (było nas na szczycie 7 osób) zapytał, czy to kontynentalna Hiszpania (do Hiszpanii w linii prostej jest ponad 1100 km). Wytłumaczyliśmy mu, że nie. Okazało się, że na 7 osób , 6 to Polacy – ekipa „randki w ciemno” (jak nazywa się ten program i jaka telewizja o tym uświadomiono mnie dopiero wieczorem w hotelu) i ja.

 

 tg'2004